Mój głos w kwestii edytowania zdjęć

Dzisiejszy wpis będzie dotyczył ogólnie fotografii, nie tylko fotografii komórkowej. Otóż, od czasu do czasu, wcale nie rzadko, spotykam się z zupełnie dla mnie niepojętym podejściem do kwestii edytowania cyfrowych zdjęć. Bardzo wielu fotoamatorów  uważa bowiem, że ich fotografia będzie czystsza, prawdziwsza, jeżeli nie skalają jej żadnym programem do edycji. Według nich najprawdziwsze z prawdziwych są tylko te zdjęcia, które w nienaruszonej formie opuszczają ich aparaty fotograficzne. Na pytanie o to jakiego oprogramowania używają do edytowania swoich prac, niezmiernie się oburzają mówiąc: ja nie edytuję zdjęć – fotografuję tak, aby nie trzeba było nic potem poprawiać. Bardzo szczytna idea, tyle że zaniechiwanie dalszej obróbki zdjęć z jakichś powodów ideologicznych to moim zdaniem kompletna bzdura. Głównie dlatego, że ideologia stojąca za takim postępowaniem jest całkowicie błędna.

Oczywiście prawdą jest, że należy tak robić zdjęcia, aby fotografia, która jest już określona tuż po zamknięciu się migawki aparatu, była od razu możliwie jak najwyższej jakości. Co do tego nie mam żadnych uwag ani wątpliwości. Czasem jest to faktycznie ostateczny etap obróbki zdjęcia. Tak się może na przykład zdarzyć w przypadku fotografii reporterskiej, gdy przy obecnej technice oraz kiedy dzisiaj informacja goni informację, niekiedy tylko sekundy dzielą moment wyzwolenia migawki od publikacji fotografii, przykładowo, w jakimś portalu internetowym z wiadomościami.

Ale wróćmy do ideologii stojącej za niechęcią do edytowania zdjęć, wyznawanej przez spory odsetek fotoamatorów. Bierze się ona prawdopodobnie z przekonania, że aparat fotograficzny opuszczają jakiegoś rodzaju wzorcowe fotografie, przedstawiające idealnie prawdziwy świat. Tylko co to jest ten prawdziwy świat? Czy nie byłoby tak, że gdyby postawić obok siebie dziesięciu ludzi i w danej chwili poprosić ich o opisanie obserwowanej właśnie sceny, to czy oni wszyscy nie zrobiliby przypadkiem tego w odrobinę inny sposób? Zwłaszcza kiedy owa scena byłaby troszkę bardziej urozmaicona? Dzieje się tak, bo każdy człowiek postrzega rzeczywistość w odrobinę inny sposób. Znaczenie ma nawet nasz chwilowy nastrój, w którym akurat się znajdujemy, a także, na przykład, stopień rozszerzenia źrenic w momencie obserwacji. To może, w takim razie, obraz z bezdusznej maszyny, jaką jest aparat fotograficzny, jest jednak jakimś rodzajem obiektywnego wzorca rzeczywistości? Moim zdaniem nie jest. A nawet gdyby był, to czy w fotografii aby na pewno chodzi o beznamiętne przedstawianie suchej, obiektywnej prawdy o świecie? Znowu, moim zdaniem, nie do końca.

Obraz dawany przez aparat fotograficzny, nawet bez żadnej w niego ingerencji poza aparatem, jest tylko jedną z możliwych interpretacji obserwowanego świata. Proszę spróbować sfotografować w tym samym momencie, z tymi samymi ustawieniami, ten sam motyw, przy pomocy różnych modeli aparatów fotograficznych. Założę się, że zdjęcia będą inne, być może nawet owe różnice będą bardzo duże. Dlaczego tak jest? Oczywiście dlatego, że fizycznie odmienne są same matryce rejestrujące obraz (analogicznie w przypadku fotografii analogowej odmienne obrazy dałoby zastosowanie różnych rodzajów filmów). Ale nie to jest moim zdaniem kluczową przyczyną różnić. Jak powstaje obraz który oglądamy na ekranie aparatu lub komputera? Elektryczne sygnały wygenerowane przez światłoczułą matrycę, pod wpływem padającego na nią światła, muszą zostać jakoś zinterpretowane i zamienione na liczby składające się na plik zdjęcia. Inżynierowie producentów aparatów fotograficznych starają się stworzyć takie algorytmy interpretujące sygnały z matrycy, żeby sprawdzały się one przyzwoicie w większości sytuacji fotograficznych. A jeżeli coś się przyzwoicie sprawdza w całej gamie przypadków, to z reguły w każdym z nich, przy indywidualnym podejściu, można osiągnąć lepszy i ciekawszy efekt. Zgadzając się na dokonanie interpretacji fotografowanej sceny wyłącznie przez aparat fotograficzny, można powiedzieć w uproszczeniu, że zgadamy się na dokonanie tej interpretacji przez jakąś anonimową grupę inżynierów, którzy nawet nie widzieli tego co fotografujemy! Sami, na własne życzenie, skazujemy się na fotograficzną przeciętność.

Załóżmy nawet hipotetycznie, że jednak aparat fotograficzny przedstawia świat w doskonale obiektywny sposób. Problem w tym, że my i tak go postrzegamy subiektywnie. W efekcie, to co zarejestrowałaby taka idealna kamera, i tak znacznie odbiegałoby od tego widzianego „na własne oczy”. A przecież właśnie to, co widzimy „na własne oczy”, skłania nas do sięgania po aparat. My nie chcemy zarejestrować idealnej rzeczywistości, my chcemy mieć na zdjęciu nasz prywatny, przefiltrowany przez nasze własne postrzeganie, świat.

Edytowanie opuszczających aparat zdjęć, włączając w to nakładanie na nie przeróżnych filtrów, jest dla mnie takim właśnie sposobem na stworzenie sobie swojego fotograficznego świata. Jest sposobem na przekazanie obrazowi fotograficznemu indywidualnych emocji towarzyszących robiącemu zdjęcie.

Jeżeli już jesteśmy przy temacie edycji zdjęć, to przy okazji napiszę jeszcze krótko o jednej sprawie. Dziwią mnie bardzo, pełne oburzenia głosy, płynące czasem ze środowisk fotoreporterów, jakoby filtry, na przykład Hipstamatica, tak wpływały na przekaz wykonanych przy ich wykorzystaniu zdjęć, że aż staje się on nieautentyczny. Przepraszam bardzo! A czy fotograf, przedstawiający na World Press Photo swoje czarno-białe, wysokokontrastowe fotografie wojenne, tak właśnie widział wojnę? Czy aby na pewno nie dokonał jakiejś interpretacji rzeczywistości?

komentarzy 8 dla "Mój głos w kwestii edytowania zdjęć"

  • Pełna zgoda. Ja bym to jeszcze uzupełnił o jedną kwestię. Wydaje mi się że panujące w pewnych środowiskach oburzenie na edycję czy retusz zdjęć wynika z zakorzenienia fotografii analogowej gdzie „takich rzeczy się nie robiło”. Tylko czy aby na pewno? Czym różni się założenie filtra niebieskiego w lightroomie od założenia tegoż filtra na powiększalnik? Czym różni się kadrowanie w PS od kadrowania pod powiększalnikiem? Czym różni się retusz pieczątką od plamkowania a rozjaśnianie poszczególnych partii zdjęcia w PS od machania ręką nad papierem światłoczułym by miękko ograniczyć dostęp światła do danej jego części? Już nie wspomnę o forsownym wołaniu negatywów, rozmaitych kąpielach chemicznych, sepiach itp.
    Moim zdaniem jedyna zmiana to nazwa przedrostka ;-) Po prostu zmieniliśmy DARKroom na LIGHTroom i to jedyna zmiana ;-)))))
    A już zupełnie na koniec – kto wie czy za 10-20 lat zdjęć nie będziemy robić przy pomocy chipa wszczepionego pod skórę poprzez mrugnięcie okiem? ;-) I wtedy to też będzie zdjęcie mimo że narzędziem nie będzie wielka drewniana skrzynia ani magnezowy korpus a jedynie ludzkie ciało ;-)

  • W tym wszystkim jest błąd logiczny. Zdjęcie cyfrowe jest obrabiane zawsze, czy to na poziomie komputera czy to już na poziomie aparatu. Jedyna różnica jest w tym, że na komputerze mamy lepszą kontrolę tej obróbki. Co to za różnica czy zdjęcie ma zwiększony kontrast przez aparat czy ten kontrast zwiększymy precyzyjnie w programie graficznym?

  • Doskonały wywód. Niezwykle logiczny, napisany ciekawie i z pasją. W pełni się z Tobą zgadzam, Łukaszu.
    Michal Koralewski ostatnio opublikował…The Umbrellians 2My Profile

  • […] obiektyw Sony do smartfona – klik(3) Artykuł Łukasza Gurbiela na Fotokomórkomanii – klik(4) Strona Mobile Photo Awards – klik(5) Okładka Tygodnika Powszechnego z 2010 roku – […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge